Od roku 2008 w zasadzie nie mieliśmy dłuższego urlopu niż wyjazd dwutygodniowy. Zawsze było tysiąc przeszkód, przez które rezygnowaliśmy z wyjazdu na uczciwe kilkutygodniowe wakacje. W poprzednim roku zaparliśmy się - nic nas ni wystraszy, groźba redukcji, debety na kontach, ataki konkurencji. Jedziemy na pewno. Pakujmy do plecaków aparaty cyfrowe, szczoteczki do zębów i jedziemy w świat.
Podróż przez Czechy, Austrię i Francję przebiegała absolutnie nadzwyczajnie. Kierowcy bardzo chętnie zabierają autostopowiczów, więc i nam powodziło się bardzo dobrze. Generalnie cywilizowane, czyste państwa z dobrą infrastrukturą drogową. Marzenie autostopowicza. A na dodatek znakomite parkingi na autostradach, na których śmiało można było rozbić namiot i do woli się wyspać.
Na miejscu szybko okazało się, że co dobre to już za nami. Sztuczne opłaty wprowadzone w zasadzie na wszystko, włącznie ze spuszczaniem dwukrotnym wody w toalecie powodowały, że od początku żałowaliśmy, że nie kupiliśmy jednak z jakiejś oferty last minute. Jednocześnie miejscowi już odpowiednio dokładnie pilnowali, żeby przypadkiem nic nam się nie udało zdobyć taniej.
W trzecim tygodniu była taka straszna burza, że wszystko nam kompletnie zalało. Nikon D5000 i kamera Olympus uległy kompletnemu zniszczeniu. Straciliśmy ostatecznie możliwość wykonywania zdjęć i filmów co było ostatnią tanią rozrywką. Inwestując kupę kasy w transport wybraliśmy się do serwisu w odległosci jakieś sto kilometrów, który odesłał nie pytając nas o zdanie sprzęt do centrali w stolicy na trzy tygodnie (ostatecznie dosyłali nam go do kraju pocztą). Spłukani do ostatniego grosza prawie z płaczem ostatecznie wróciliśmy do kraju i jakoś nie palimy się szczególnie do powtórzenia takiej wycieczki.
